Polska położna na misji w Ugandzie
#PoradnikPołożnej Ginekologia Newsy Pod sliderem Wywiady

Polska położna na misji w Ugandzie [Wywiad]

Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej niesie pomoc na całym świecie, od szkolenia strażaków w Kenii, organizację ośrodków zdrowia w jednym z największych na świecie obozów dla uchodźców, po pomoc po trzęsieniu ziemi w Nepalu. W rozmowie z Evereth News Sławomira Zduńczyk, położna z ponad 30-letnim stażem, uczestniczka misji w Ugandzie opowiedziała o tym co było dla niej największym zaskoczeniem podczas wyjazdu.

W listopadzie 2018 r. Sławomira Zduńczyk, położna ze Szpitala Wojewódzkiego w Łomży razem z pozostałymi członkami zespołu, w skład którego weszli koordynator, logistyk, lekarze oraz farmaceuta, brała udział w dwutygodniowej misji w szpitalu referencyjnym w miejscowości Midigo, na północy Ugandy.  

– Była to moja pierwsza, i jak dotąd jedyna misja w której uczestniczyłam. Pomagaliśmy w niewielkim szpitalu, który na okres remontu przejął działalność głównego szpitala w dystrykcie. Trafiali tam również pacjenci z największego obozu dla uchodźców Bidi Bidi. Stąd tak duże zapotrzebowanie w pomoc personalną, jak również leki czy sprzęt.

Evereth News, Natalia Janus: Jak znalazła się Pani w Zespole Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej?

Sławomira Zduńczyk: – Plan wzięcia udziału w misji tkwił we mnie od zawsze. Początkowo informacje o tego typu wyjazdach na misje zbierałam w Internecie. Tam też natrafiłam na rekrutację Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej. Przeszłam wszystkie etapy rekrutacji, na których sprawdzana jest nie tylko wytrzymałość fizyczna, ale i psychiczna.

Jakie odczucia miała Pani po powrocie z misji do Polski?

– Moje wrażenia były bardzo mieszane. Spodziewałam się gorszych warunków pod każdym względem, natomiast nie było dla mnie żadnym zdziwieniem, to co tam zastałam. Z uwagi na długoletni staż pracy, jestem położną z pewnym bagażem doświadczeń. Pamiętam początki mojej pracy, kiedy nie było jeszcze wenflonów, a rękawiczki myliśmy, dezynfekowaliśmy i wkładaliśmy do samodzielnie przygotowanych opakowań. Tam owszem, brakuje sprzętu i produktów medycznych, jednak nie można powiedzieć, że ich nie ma. Korzysta się z nich po prostu bardzo oszczędnie, a kobiety, które przyjeżdżają do porodu przywożą swoje jednorazowe rękawiczki.  

Czy było coś, co Panią zaskoczyło?

– Pewne rzeczy były dla mnie szokiem, których nigdy wcześniej nie miałam okazji zobaczyć. Zdziwiłam się już podczas pierwszej operacji, szybkiego cięcia cesarskiego. W Polsce w skład zespołu, który uczestniczy przy tego typu operacjach wchodzi często nawet ok. 9 osób. Tam natomiast, jeżeli położna w tym czasie wykonuje inne obowiązki, cięcie cesarskie czasami wykonywane jest przez  jednego lekarza, który znieczula pacjentkę, samodzielnie przygotowuje narzędzia do cięcia cesarskiego i sam je wykonuje. Położna jedynie odbiera dziecko. Był to dla mnie ogromny szok.

– Podobnie zaskoczyłam się, w jaki sposób tamtejsi lekarze radzą sobie z brakiem sprzętu. Jeżeli nie ma dostępnej grubszej nici chirurgicznej, np. do zaszycia macicy, szyje się ją na dwa razy, tam i z powrotem. Zdziwieniem było również to, że w Ugandzie w ogóle nie nacina się krocza. W Polsce również odchodzi się od tej procedury, jednak tam nie ma do tego nawet nożyczek.

Polska położna na misji w Ugandzie

Z jakimi komplikacjami medycznymi spotkała się Pani podczas misji?

– Byłam przy bardzo poważnej operacji cięcia cesarskiego. Była to donoszona ciąża pozamaciczna… W Polsce, dzięki badaniom USG, lekarze nie dopuściliby do takiej sytuacji, ponieważ jest ona bezpośrednim zagrożeniem życia matki. Z uwagi na to, że taka ciąża jest niezwykle rzadko spotykana, nie wiadomo czego można się spodziewać. Mogło dojść do tak rozległego krwotoku, że pacjentka mogła wykrwawić się na śmierć. Dlatego przyjechał lekarz krajowy, który przyjeżdżał, aby operować trudne przypadki oraz sprawować kontrolę nad lekarzami. Jako asysta do tej niecodziennej operacji stanął jeden z tamtejszych lekarzy rezydentów. Pacjentka przeżyła… Byłam zszokowana umiejętnością i wykwalifikowaniem tamtejszego personelu, ponieważ całość tej skomplikowanej operacji trwała krócej, niż przeciętne cięcie cesarskie.

Z jakimi problemami trafiały do Was pacjentki?

– Do szpitala w którym pomagaliśmy trafiały trudne i najcięższe przypadki, pacjentki u których zaczęły się już jakieś komplikacje, głównie z obozu Bidi Bidi. Przywożono kobiety z zaburzeniem tętna u płodu, krwotokami, stanem po cięciu cesarskim czy z brakiem postępu porodu. Większość z nich była obserwowana i kwalifikowana do cięcia cesarskiego. Kobiety u których poród przebiegał prawidłowo, bez żadnych powikłań, rodziły w obozie Bidi Bidi, ponieważ jest tam zorganizowany mały szpital, gdzie znajduje się sala porodowa i oddział położniczy. Mieliśmy okazję być tam na miejscu.

– Tamtejsze ciężarne zgłaszają się do lekarza, czy położnej dopiero wtedy, kiedy już dzieje się coś nie tak. A należy wziąć pod uwagę utrudniony transport, odległość i czas dotarcia do szpitala. Bardzo często, po roku od porodu zakończonego cięciem cesarskim kobiety zachodzą ponownie w ciążę, co powoduje duże ryzyko, że przy drugim czy trzecim cięciu cesarskim pacjentka może nie zdążyć dotrzeć do szpitala na czas. Może dojść chociażby do pęknięcia macicy w bliźnie.

Których z tych problemów, można byłoby uniknąć, gdyby np. lepszy sprzęt tam na miejscu?

– W Polsce, dzięki badaniu KTG mamy większe możliwości obserwacji. Tamtejsi lekarze oraz położne nie korzystają z tego urządzenia. Tam osłuchuje się czynność serca płodu jedynie słuchawką, co nie do końca daje nam obraz, czy z dzieckiem jest wszystko w porządku. Na początku wydawało mi się, że badanie KTG rozwiązałoby bardzo dużo problemów tam na miejscu. Jednak z perspektywy czasu, nie wydaje mi się to już takie proste i oczywiste. Mogłoby to generować jeszcze więcej cięć cesarskich – zupełnie niepotrzebnych – dlatego, że niekiedy nieprawidłowy zapis KTG nie zawsze oznacza, że z dzieckiem dzieje się coś złego. W 20%, a nawet 30% przypadków z dzieckiem jest wszystko w porządku, a zapis jest tylko przejściowo nieprawidłowy. Tak po prostu się zdarza.

Czy w szpitalu w którym Pani pomagała wykonywano badanie USG?

– Na pewno wiele z tych sytuacji, z którymi spotkałam się w Ugandzie można byłoby uniknąć korzystając właśnie z aparatu USG. Przyjęliśmy pacjentkę, która była przywieziona z rozpoznaniem ciąży pozamacicznej, do zabiegu operacyjnego. Jednak dzięki wykonaniu badania USG przez koleżankę, lekarza medycyny ratunkowej znaleźliśmy pęcherzyk ciążowy w macicy, odpowiadający długości czasu trwania ciąży. Jak się więc okazało, nie była to ciąża pozamaciczna.

Jakie było Pani najgorsze doświadczenie podczas misji?

– Jedna z najtrudniejszych sytuacji, w której tam uczestniczyłam wydarzyła się już drugiego dnia pobytu. Przywieziono pacjentkę z obozu Bibi Bidi, u której rozpoczął się ciężki poród pośladkowy. Sama podróż z obozu do szpitala trwała ok. 2 godzin. Dziecko niestety nie przeżyło, jednak cały czas istniało zagrożenie życia dla matki. Początkowo, oczywiście nie wtrącałam się do pracy położnej, która miała duże doświadczenie. Jednak kiedy powiadomiono lekarza i czekaliśmy na jego przyjazd, zapytałam czy mogę spróbować pomóc. Udało się… Urodziłam to dziecko … a kobieta przeżyła. Sytuacja ta była szczęściem w nieszczęściu, ponieważ dzięki tej bardzo przykrej sytuacji zdobyłam zaufanie tamtejszego zespołu. 

Czy to był jedyny przypadek ciężkiego porodu?

– Razem z tamtejszą szefową położnictwa odbierałyśmy również drugi, bardzo ciężki poród pośladkowy. Pacjentka trafiła do nas również z obozu Bidi Bidi, dlatego ze względu na postęp porodu nie było już możliwości zakończenia go cięciem cesarskim. Dziecko było bardzo duże i w tym przypadku również zaklinowała się główka. Udało nam się je w końcu urodzić, dziecko było w ciężkim stanie, wydawało się, że nie żyje… Pomimo ostrej niewydolności krążenia i oddychania (tzw. zamartwicy) i dwóch punktów w skali Apgar, dzięki reanimacji przeżyło… Następnego dnia, jak zobaczyłam je podczas karmienia, kiedy to dziecko tak łapczywie sięgało za pierś – poczułam, że była to najpiękniejsza chwila, jaką tam przeżyłam.

Polska położna na misji w Ugandzie

Czy w Ugandzie stosuje się pozycje wertykalne przy porodzie?

– Pierwszy poród, który przyjęłam w Ugandzie owszem odbył się w pozycji stojącej, jednak nie był zamierzony. Wchodząc na salę porodową, zobaczyłam pacjentkę, która właśnie zaczęła rodzić. Nie wiem dlaczego pacjentka stała, ale zdążyłam tylko założyć rękawiczki i dziecko już się urodziło. Czasami pacjentki przyjmują pozycje wertykalne, ponieważ są one łatwiejsze do zniesienia bólu podczas skurczu. Być może pacjentka fizjologicznie przyjęła taką pozycję, a że nie była to jej pierwsza ciąża, dziecko urodziło się stosunkowo szybko. Wtedy jeszcze myślałam, że większość porodów również będzie się odbywała w pozycjach wertykalnych, jednak myliłam się.

– Spojrzenie na położnictwo praktycznie się nie zmienia, jeżeli chodzi o fizjologię czy anatomię. Jednak na przestrzeni ostatnich lat w Polsce, bardzo zmieniło się nasze spojrzenie na poród, jeżeli chodzi o technikę czy pozycję kobiety podczas porodu. Wyjeżdżając do Ugandy spodziewałam się, że zobaczę to w czystej postaci, że to właśnie tam rodzi się tak jak natura chciała… Jednak pomyliłam się. Tamtejsze pacjentki rodzą na plecach, poród prowadzony jest aktywnie, czyli to od czego my w Polsce powoli odchodzimy.

Jaki miała Pani kontakt z pacjentkami?

– To jest właśnie to, co również mocno mnie zaskoczyło. To co mnie najbardziej zszokowało w Ugandzie jest stan pacjentek, które do Nas trafiały. Część z nich była tak zamknięta w sobie, że nic się nie odzywała, a część z nich nie wiedziała nawet ile ma lat. Zdarzały się kobiety, które nie wiedziały kiedy zaszły w ciąże, a co za tym idzie nie wiedziały, który to już tydzień ciąży.

– Bardzo często pacjentki, które przyjeżdżały do porodu, nie miały ze sobą nic oprócz wyprawki, która składała się z folii, jednej chusty lub kocyka oraz jednej lub dwóch szmatek, które miały pełnić rolę podkładu poporodowego. Dziecko po porodzie zawijane jest w kocyk i nic więcej. Nie stosuje się też nic na kikut pępowinowy. Jednak pomimo tego, bardzo rzadko spotyka się tam powikłania po porodzie w postaci zakażenia. Będąc tam jedynie raz spotkałam się z rozejściem i zakażeniem rany po cesarskim cięciu. Kobieta przyjeżdżała do nas na zmianę opatrunków.

Czy tam kobiety jakoś się wspierają?

– Kobiety z obozu Bidi Bidi przyjeżdżając do porodu trafiały do nas same, bez bliskiej osoby. Pomimo tego, że tamtejszy szpital nie zapewniał niczego oprócz pomocy medycznej (jedzenia również) kobiety te dostawały pomoc od innych osób, które przyjechały tam, by opiekować się bliskimi. Te osoby pomagały tym kobietom, myły ją, gotowały dla niej na ognisku rozpalonym w pobliżu szpitala, przynosiły wodę ze studni w specjalnych kanistrach, a nawet prały w miskach podkłady poporodowe. Taka sytuacja miała oczywiście również miejsce na innych oddziałach. Był to piękny widok, który pokazywał niezwykłą empatię i wzajemną sympatię tamtejszych osób. Jak tylko sobie to przypominam, aż łza w oku się kręci. Tego natomiast nigdy nie widziałam w polskich szpitalach… Nigdy nie spotkałam się z tak ogromnym wsparciem zupełnie obcych osób

Czy w tamtejszym szpitalu jest prowadzona dokumentacja medyczna?

– Dokumentacja medyczna jest tam oczywiście prowadzona. Bardzo uproszczona, ale jak najbardziej wystarczająca. Ugandyjskie położne bardzo restrykcyjnie natomiast stosują się do uzupełniania partogramów zalecanych przez WHO. Dodatkowo, pomimo tego, że nie funkcjonuje tam coś takiego jak sprawa sądowa za błąd medyczny, nie zwalnia to nikogo z odpowiedzialności. Tam każdy płacze nad dzieckiem, które urodziło się martwe.

Czy ugandyjskie położne wykonują resuscytację noworodków?

– Absolutną nieprawdą jest to, co przeczytałam w polskich mediach, że w Ugandzie nie ratuje się nowonarodzonych dzieci urodzonych w ciężkim stanie. Dwa razy zetknęłam się już z informacją, że u tych dzieci nie prowadzi się resuscytacji. Jest to jakieś nieporozumienie, ponieważ tamtejsze położne pokazywały mi nawet jak u nich wygląda ten proces, według ich wytycznych. Podczas misji kilkakrotnie brałam udział w resuscytacji, niektóre sama przeprowadzałam. Uganda jest cywilizowanym krajem i jak najbardziej, zawsze ratuje się tam nowonarodzone dzieci.

Jak układała się Wam współpraca z tamtejszym personelem?

– Tamtejsze położne są wykształconymi, bardzo doświadczonymi kobietami. Dlatego jestem pod ogromnym wrażeniem ich pracy. Próbowałam przekazać im wiedzę z zakresu m.in. wpływu pozycji wertykalnych na rozwój porodu, ale również indywidualnego podejścia do pacjentki pod kątem odczytu parametrów partogramu. Myślę, że to wszystko przed nimi.

 

Rozmawiała: Natalia Janus

 

PRZECZYTAJ POPRZEDNI TEKST Z CYKLU #PORADNIKPOŁOŻNEJ:

CMŻ: przeprowadzono pierwszą w Polsce na oddziale ginekologicznym neuromodulację krzyżową

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *