„Mówienie, że jesteśmy przygotowani na wzrost zakażeń, to wielka obłuda”. Wywiad z Pielęgniarką na Obcasach [cz. 1]

Ten tekst przeczytasz w 4 min.

Rozmawiała: Marta Bogucka

Słyszę od wielu pielęgniarek, które pracują w szpitalach przemianowanych na jednoimienne, że warunki pracy są tragiczne. W niektórych szpitalach dwie pielęgniarki pracują przez cały dyżur bez możliwości jakiejkolwiek przerwy. Sytuacja jest tragiczna” – mówi Anna Zawalnicka, autorka bloga Pielęgniarka na Obcasach.

Według wicepremiera Jacka Sasina personel medyczny nie jest wystarczająco zaangażowany w walkę z epidemią koronawirusa. Czy Pani zdaniem rzeczywiście tak jest? Jak odbiera Pani słowa wicepremiera jako pielęgniarka, która uczestniczy w walce z epidemią?

Moim zdaniem osoby, które nie są związane ze środowiskiem medycznym, nigdy nie były w szpitalu zakaźnym, nie wiedzą, jak wygląda praca przy łóżku pacjenta, nie powinny w ogóle zabierać głosu w takich sprawach.

Nikt też nie powinien oceniać medyków, którzy zdecydowali się zrezygnować z udziału w walce z pandemią. Ja rozumiem decyzję osób, które się wycofały. Część ma już prawa emerytalne. Do tej pory te osoby utrzymywały dzięki swojej pracy działanie systemu ochrony zdrowia. W obecnej sytuacji jest w pełni zrozumiałe, że nie chcą się narażać. Mają prawo z czystym sumieniem odejść na emerytury. Krytyka tych osób jest krzywdząca i niesprawiedliwa.

Część z osób, które się wycofały, ma też małe dzieci. Ja sama mam syna i muszę teraz podjąć trudne i ważne dla mnie decyzje odnośnie tego, czy pracować dalej przy walce z epidemią, czy zrezygnować.  

Mówi Pani o medykach, którzy uczestniczą w walce z epidemią. A co z tymi pracownikami ochrony zdrowia, którzy nie pracują z pacjentami zakażonymi? Do nich też kierowane jest teraz wiele pretensji i zarzutów.

Ludzie są sfrustrowani, ponieważ nie mogą się dostać do lekarzy, otrzymać diagnozy czy recept. Często słyszę, że lekarzom i pielęgniarkom się po prostu nie chce pracować, że przyjmują pacjentów tylko w prywatnych placówkach, a resztę zostawili na pastwę losu. Być może zdarzają się takie przypadki, ale nie można przecież wsadzać wszystkich do jednego worka. Wiele przychodni i szpitali niecovidowych też pracuje na pełnych obrotach i jest na granicy wytrzymałości.

W przychodniach urywają się telefony. W szpitalach, gdzie nie leczy się chorych na COVID-19, liczby przyjęć są zwiększone znacznie ponad normę. Wszyscy pacjenci, którzy w normalnych warunkach poszliby do innych placówek na zaplanowane zabiegi czy operacje, trafiają w jedno miejsce i trzeba jakoś się nimi zająć. Medycy z tych szpitali nie pracują bezpośrednio przy walce z pandemią, ale ona na nich też się odbija. Wszyscy robią, co mogą.

Powiedziałyśmy już, że krytyczne wypowiedzi o medykach, które pojawiają się w mediach, dodatkowo napędzają frustrację pacjentów. Co jeszcze Pani zdaniem może ją wzmagać?

Niewiedza. Pacjenci nie mają świadomości, w jaki sposób funkcjonuje system ochrony zdrowia podczas pandemii. Ludzie są wściekli na to, że w szpitalach zakaźnych brakuje personelu, że nie ma ich kto leczyć, ale nie wiedzą, że sytuacja jest znacznie bardziej skomplikowana. Jeżeli anestezjolog pójdzie pracować w placówce, która zajmuje się chorymi na COVID-19, to automatycznie zostaje odcięty od innych, niecovidowych placówek, w których mógł pracować wcześniej. W ten sposób kilka szpitali traci anestezjologa, który mógłby znieczulać do zabiegów, pracować na zwykłych OIOM-ach, dyżurować w szpitalnych oddziałach ratunkowych. Zapewnienie obsady w szpitalu zakaźnym oznacza, że kilka innych placówek będzie pracowało w osłabionym składzie, będzie mniej przyjęć albo całe oddziały zostaną zamknięte. To, że system jest niewydolny, wiedzą wszyscy, ale mało kto zdaje sobie sprawę, co to oznacza w praktyce.

Skoro mówimy o niewydolności systemu – przedstawiciele rządu twierdzą, że sytuacja epidemiologiczna w Polsce pozostaje pod kontrolą, a szpitale dysponują wystarczającą liczbą łóżek i respiratorów dla chorych na COVID-19. Coraz więcej medyków bije jednak na alarm.

W tej sytuacji można zacytować profesora Religę – mając tylko łóżka, można zbudować dom publiczny, a nie szpital. Tak jak pisałam na swoim blogu, szpital to są przede wszystkim ludzie. To są pracownicy – pielęgniarki, położne, ratownicy, fizjoterapeuci, lekarze. To także panie sprzątające i opiekunki medyczne. Jesteśmy zespołem. Jeżeli tego zespołu nie ma, to nie ma szpitala, on nie może funkcjonować.

Według rządzących mamy łóżka – no dobrze, można pacjentów na tych łóżkach położyć, ale kto im poda leki, kto ich nakarmi, wypielęgnuje, zapewni profesjonalną opiekę? Pacjenci z COVID-19 wymagają intensywnej opieki. Żeby taką opiekę zapewnić, personel musi pracować w bezpiecznych warunkach i w pełnym składzie. Można skierować jedną pielęgniarkę do opieki nad dwudziestoma pacjentami. Pytanie tylko, ilu z tych dwudziestu pacjentów zostanie nieobsłużonych.

Pan wojewoda, który każe przygotować 80 czy 100 łóżek, nie liczy się z tym, że nie jest to realne. On tylko wystosowuje pismo. Możemy zbudować szpitale polowe, w tych szpitalach mogą być łóżka, mogą być respiratory, ale personelu nie będzie.

Jak w rzeczywistości wygląda sytuacja w szpitalach?

W związku z pandemią rząd zniósł normy zatrudnienia. Walczyłyśmy wiele czasu o to, byśmy jako pielęgniarki mogły bezpiecznie i profesjonalnie zajmować się pacjentem, żeby opieka była jakościowa, a nie ilościowa, a teraz robimy ogromny krok w tył.

Słyszę od wielu pielęgniarek, które pracują w szpitalach przemianowanych na jednoimienne, że warunki pracy są tragiczne. W niektórych szpitalach dwie pielęgniarki pracują przez cały dyżur bez możliwości jakiejkolwiek przerwy. Pielęgniarki są wykorzystywane. To jest straszne.

Mówienie, że system ochrony zdrowia jest w pełni przygotowany, to jedna wielka obłuda.

PRZECZYTAJ POPRZEDNI TEKST Z CYKLU #ZAWÓDPIELĘGNIARKA:

Przeczytaj także: Szpitale polowe – gdzie powstaną i jak będą funkcjonowały?

Shopping cart

0
image/svg+xml

No products in the cart.

Kontynuuj zakupy