„Rodzice podrzucali nam do szkoły chore dzieci”. Praca pielęgniarki szkolnej w czasie epidemii

Ten tekst przeczytasz w 4 min.

„Kiedy zaczęła się epidemia i szkoły jeszcze funkcjonowały, pojawił się ogromny lęk przed wirusem. I wśród uczniów, i wśród nauczycieli. Nie dziwię im się. Kto się dziś nie boi?” – mówi Aleksandra Kowalska, pracująca na co dzień jako pielęgniarka szkolna. W rozmowie z Evereth News opowiada o problemach, jakie pojawiły się w szkołach w związku z pandemią.

Dzieci są szczere. Rodzice nie są

W momencie, kiedy rozpoczęła się epidemia, pracowałam w szkole podstawowej jako pielęgniarka środowiska nauczania i wychowania. Cieszę się, że rząd podjął decyzję o zamknięciu szkół, bo kiedy pojawił się koronawirus, sytuacja stała się bardzo trudna. Pojawiły się problemy – mówi Aleksandra Kowalska.

– Ja jako pielęgniarka miałam z dziećmi w szkole układ. Dzieci nazywają mnie Ciocią Pigułą, nie boją się mnie, nie kłamią. Kiedy pojawił się koronawirus, coraz częściej zaczęły się zdarzać sytuacje, że w połowie lekcji trafiały do mnie dzieci z wysoką gorączką. Dlaczego dopiero w połowie lekcji? Dzieci mi się przyznawały, że są chore, ale rodzice przed szkołą dali im leki na zbicie gorączki, żeby mogły pójść na lekcje. Takie napakowane ibuprofenem dziecko rzeczywiście na wejściu do szkoły nie będzie miało podwyższonej temperatury. Spędzi pół dnia z kolegami. Potem, jak leki przestaną działać, wróci gorączka. Dziecko zostanie wysłane do domu. W większości takich przypadków po tygodniu okazywało się, że cała rodzina jest na kwarantannie z powodu zakażenia COVID – mówi pielęgniarka.

– Ze strony rodziców to ogromna nieodpowiedzialność. Na początku pandemii podpisywali oświadczenia, że będą przyprowadzać dzieci do szkoły tylko wtedy, kiedy będą zdrowe. Byli oczywiście rodzice odpowiedzialni, którzy w pełni tego przestrzegali. Ale były też sytuacje, że musiałam siedzieć z dzieckiem z gorączką ponad 39 stopni i czekać przez godzinę na mamę, która po drodze do szkoły musiała wpaść po zakupy. Ja w tym czasie odchodziłam od zmysłów. To tylko kolejny dowód na to, jak bardzo pandemia obnażyła nasz brak empatii, brak myślenia o drugim człowieku – podsumowuje pielęgniarka.

Dziesięć maseczek na szkołę

– W zaleceniach konsultanta krajowego ds. pielęgniarstwa środowiska nauczania i wychowania były wyraźne wytyczne. Było tam napisane, że pielęgniarki szkolne powinny być wyposażone podczas epidemii w maski FFP3 lub FFP4. Takich masek do dziś nie dostałyśmy – mówi Aleksandra Kowalska. – Ja dostałam po 10 maseczek jednorazowych na szkołę. Po dwa fartuchy flizelinowe. Przecież to żadne zabezpieczenie. Braki w zaopatrzeniu są ogromne. W związku z pandemią wychodzą problemy, które nawarstwiały się od wielu lat. Wychodzą zaniedbania, które dotychczas były łatane oddolnie, przez takie pielęgniarki jak ja, które są zaangażowane w swoją pracę i w pomoc koleżankom, którym zależy na bezpieczeństwie i komforcie. Teraz nie ma o tym mowy. Sprzętu po prostu nie ma skąd wziąć.

– Podobnie było z innymi zaleceniami i restrykcjami – mówi pielęgniarka. – Były, ale na papierze. W praktyce nie da się zorganizować zajęć w szkole w taki sposób, żeby dana klasa miała zajęcia tylko w jednym pomieszczeniu. Po prostu się nie da. Trzy klasy na raz mają lekcję WF – jedna na sali gimnastycznej, druga w korytarzu na górze, trzecia w korytarzu na dole. W tym czasie w salach lekcyjnych zajęcia mają inne klasy. W przerwach między lekcjami do każdej sali muszą wejść panie woźne, czyścić biurka i ławki, wietrzyć, pryskać wszystko środkami dezynfekującymi. Mają na to zazwyczaj ok. 5 minut. Sądzi pani, że w tym czasie można skutecznie zdezynfekować pomieszczenie po grupie dzieci? Bo ja w to nie wierzę – podsumowuje pielęgniarka.

Lęk dorosłych, wykluczenie dzieci

– Kiedy zaczęła się epidemia i szkoły jeszcze funkcjonowały, pojawił się ogromny lęk przed wirusem. I wśród uczniów, i wśród nauczycieli. Musiałam chodzić po szkole i tłumaczyć dzieciom, jak można się zarazić, co się wtedy dzieje, co to jest izolatka – mówi pielęgniarka. – Dzieci potrafią być wobec siebie nawzajem okrutne. Jeżeli któreś dziecko trafiło do izolatki, wynik testu okazał się ujemny i dziecko wróciło do szkoły, zaczynało się gnębienie. „Nie zbliżaj się do mnie, ty byłeś w izolatce, masz covida”. Dzieci po prostu się bały.

Nie tylko zresztą dzieci – zwraca uwagę Aleksandra Kowalska. – Nauczyciele nawet bardziej. Uczniowie trafiali do mnie z powodu każdego kichnięcia czy kaszlu, nawet jeśli nie było jakichkolwiek innych objawów. Musiałam tłumaczyć nauczycielom, że to dziecko ma prawo kichać. Widziałam jego kartę zdrowia i wiem, że ma prawo, ale obowiązuje mnie tajemnica lekarska. Są przecież dzieci z alergiami. Pryskanie wszystkiego środkami dezynfekującymi na te alergie nie pomaga. Ale co zrobić? Nauczyciele się boją. Nie dziwię im się. Kto się dziś nie boi? – pyta pielęgniarka.

PRZECZYTAJ POPRZEDNI TEKST Z CYKLU #ZAWÓDPIELĘGNIARKA:

Przeczytaj także: „Zostawiono nas same sobie”. Praca pielęgniarki w ZOL podczas epidemii

Dodaj komentarz

Shopping cart

0
image/svg+xml

No products in the cart.

Kontynuuj zakupy