„Po dyżurach przychodzimy do domów i płaczemy”. Praca pielęgniarki POZ podczas epidemii

Ten tekst przeczytasz w 4 min.

„Znajoma psychiatra powiedziała mi, że to nie jest tak, że jedni są na pierwszej linii walki z epidemią, a inni na drugiej czy kolejnej. Wszyscy jesteśmy na tej samej linii. Wielu medyków po epidemii będzie się leczyło z zespołu stresu pourazowego” – mówi Aleksandra Kowalska, pielęgniarka pracująca w przychodni POZ. W rozmowie z Evereth News opowiada, jak wyglądają warunki pracy podczas epidemii.

„Pacjenci próbują wyważyć drzwi”

– Na co dzień pracuję jako pielęgniarka w medycynie szkolnej. Teraz, ze względu na to, że szkoły są zamknięte, jestem zatrudniona w poradni POZ. W obu miejscach pracy z powodu epidemii mamy coraz więcej problemów. Problemy, które istniały na długo przed pandemią, teraz urastają do coraz większych rozmiarów, mnożą się, nawarstwiają – mówi Aleksandra Kowalska.

– W pracy w poradni pierwszy ogromny problem to zachowania pacjentów. Razem z pandemią zaczęły się ogromne nerwy, pretensje i awantury. Cała złość i agresja pacjentów skupia się na nas, bo to my odbieramy telefony, my dzwonimy do pacjentów, my musimy tłumaczyć, że pewnych zabiegów czy świadczeń po prostu nie można teraz w poradni wykonać. Lekarze rzadko kiedy stają w naszej obronie, kiedy pacjenci zaczynają się wyżywać. Codziennie zdarza się walenie w drzwi poradni, wręcz próby wyważenia tych drzwi i dostania się do przychodni za wszelką cenę. Niedawno zdarzyło się, że pacjentka mnie opluła.

Pacjenci nie chcą zrozumieć, że robimy, co możemy, że brakuje nam czasu, że mamy wyraźne zalecenia w związku z epidemią. Nie ma żadnej empatii, zrozumienia dla drugiego człowieka. Nikt nie chce spojrzeć na sytuację z drugiej strony. Jest tylko wściekłość i frustracja – mówi pielęgniarka.

„Brakuje rąk do pracy”

Jak mówi Aleksandra Kowalska, coraz większym problemem podczas pandemii są braki w personelu medycznym:

– Ja i moje koleżanki z pracy mamy teraz tak dużo obowiązków, że trudno dać sobie radę. Zaczynają się problemy z kondycją, z psychiką. Ile można wytrzymać? – pyta retorycznie pielęgniarka. – Mamy tylko dwie rejestratorki. Jedna właśnie przechodzi COVID, druga dopiero co wróciła do pracy. My jako pielęgniarki nie powinnyśmy w ogóle wchodzić do rejestracji, ale nie mamy innego wyjścia. Pacjentom nie da się przetłumaczyć, by nie blokowali numeru do przychodni, jeżeli chcą tylko przedłużyć receptę. Dyrekcja nie chce zatrudnić sekretarek medycznych albo rejestratorek, które mogłyby się zająć odbieraniem telefonów i trochę nas odciążyć. Nasza pani dyrektor jest ekonomistką z wykształcenia. Dla niej liczy się rachunek. Nie obchodzi jej, że jesteśmy przepracowane, że biegamy z miejsca na miejsce, nie mamy czasu usiąść, napić się wody. Ma pretensje, że telefony nie są odbierane – podsumowuje pielęgniarka.

„Nasza przychodnia stoi na barkach emerytek”

– Jeszcze zanim pojawił się COVID, był problem z kadrą pielęgniarską, bo po prostu jest coraz mniej chętnych do pracy. Epidemia tylko dramatycznie ten problem pogłębiła – mówi Aleksandra Kowalska. – W mojej przychodni jest obecnie taka sytuacja, że ja, mimo tego że mam prawie 43 lata, jestem w zespole najmłodsza. Reszta pielęgniarek jest w wieku emerytalnym. Przychodnia stoi po prostu na barkach emerytek. Mam koleżanki, które mają po 70, 75 lat. Proszę sobie wyobrazić, jak wygląda ich praca podczas pandemii.

„Maseczkami dzieliłyśmy się po równo”

– Pani dyrektor w mojej placówce nie zadbała o to, byśmy miały zabezpieczone jakiekolwiek środki ochronne, kiedy wybuchła pandemia – mówi Aleksandra Kowalska. – Miałyśmy tylko środki przekazane przez Ministerstwo Zdrowia, które były przeznaczone dla określonych grup. Ja sama musiałam zorganizować koleżanki z medycyny szkolnej, które kwalifikowały się do tych środków, i odbierałam z izb pielęgniarskich przydział płynów do dezynfekcji, maseczek, rękawiczek, fartuchów jednorazowych. Tym, co dostawałyśmy, musiałyśmy dzielić się po równo, żeby dziewczyny z przychodni nie zostały bez niczego – mówi pielęgniarka.

– Jeżeli docierają do placówek jakiekolwiek środki ochronne, to są one przekazywane przede wszystkim lekarzom. I to nas, pielęgniarki, boli, bo to my otwieramy pacjentom drzwi, my mierzymy im temperaturę na wejściu, my przekazujemy im ankiety do wypełnienia. Dopiero potem trafia do lekarza – podsumowuje Aleksandra Kowalska.

„Za chwilę nie będzie miał kto pracować”

Ciągle powtarzam pani dyrektor w mojej poradni, że jak tak dalej pójdzie, to nie będzie komu pracować. Znajoma psychiatra powiedziała mi: „Słuchaj, to nie jest tak, że jedni są na pierwszej linii walki z epidemią, a inni na drugiej czy kolejnej. Wszyscy jesteśmy na tej samej linii”. Zgadzam się z tym. Uważam, że po tej pandemii wielu medyków powinno się leczyć na zespół stresu pourazowego, tak jak żołnierze wracający z frontu – stwierdza pielęgniarka i mówi:

– Jesteśmy pod ogromną presją. Spoczywa na nas ogromna odpowiedzialność za potrzeby pacjentów, jesteśmy przytłoczeni obowiązkami. Dużo ludzi tego nie wytrzyma. Obciążenie psychiczne jest ogromne. Musimy mieć siłę nie tylko za siebie, ale też za pacjentów i za ich rodziny. A potem przychodzimy do domów i płaczemy. Nie śpimy w nocy, budzą nas koszmary. Bierzemy leki nasenne i psychotropy. Rozpada się coraz więcej małżeństw. Ja sama schudłam podczas epidemii 20 kilo. Nie mam czasu jeść. Problemów jest mnóstwo, ale musimy sobie radzić. Bo jak nie my, to kto? – pyta pielęgniarka.

PRZECZYTAJ POPRZEDNI TEKST Z CYKLU #ZAWÓDPIELĘGNIARKA:

Przeczytaj także: Ministerstwo Zdrowia odbierze pielęgniarkom „zembalowe”? OZZPiP oburzony nową propozycją resortu i NFZ

Dodaj komentarz

Shopping cart

0
image/svg+xml

No products in the cart.

Kontynuuj zakupy