„Dla pielęgniarki praca na kilku etatach to norma, a nie wyjątek”

Ten tekst przeczytasz w 5 min.

„Wielu moich znajomych ze środowiska medycznego, w tym koleżanki pielęgniarki, podejmuje się pracy w więcej niż jednym szpitalu. Większość z nas pracuje na 2, a nawet 3 etaty” – opowiada Katarzyna Cichocka, pielęgniarka w oddziałach intensywnej terapii w trzech szpitalach w Warszawie. W pracy zdarza jej się spędzić nawet 48 godzin, ponadto dyżury bywają intensywne, stresujące, wymagają ciągłej gotowości i obserwacji pacjenta.

Karolina Rybkowska, EverethNews.pl: Zgodnie z raportem Stowarzyszenia Pielęgniarki Cyfrowe z 2018 r., ponad 45% pielęgniarek podejmuje się dodatkowej pracy. A ponad 20% z nich średnio wypracowuje w miesiącu od 50 do 100 godzin powyżej etatu. Jak długo Pani pracuje na więcej niż jeden etat?

Katarzyna Cichocka: Od 23 lat jestem pielęgniarką, a od 6 lat pracuję w więcej niż jednym szpitalu. Do niedawna były to dwa szpitale – MSWiA, jako podstawowe miejsce zatrudnienia, oraz Szpital Praski w Warszawie. Natomiast od marca tego roku podjęłam również pracę w Szpitalu Południowym w Warszawie, który został uruchomiony jako tymczasowy szpital „covidowy”.

Pielęgniarki, które podejmują dodatkowy etat, pracują w miesiącu średnio od 1,5 do nawet 2,6 etatu. Czy w Pani środowisku wiele osób pracuje tak, jak Pani?

– Tak. Wielu moich znajomych ze środowiska medycznego, w tym koleżanki pielęgniarki, podejmuje się pracy w więcej niż jednym szpitalu. Na palcach jednej ręki można policzyć, ile pielęgniarek pracuje tylko w jednym miejscu. Zdarza się to niezwykle rzadko. Większość z nas pracuje na 2, a nawet 3 etaty. W naszym środowisku jest to całkowicie normalne.

W czerwcu OZZPiP zapowiada strajk ostrzegawczy, podczas którego pielęgniarki będą walczyć o godne zarobki. Czy Pani zdaniem to kwestia finansowa skłania pielęgniarki do podejmowania się pracy w kilku szpitalach?

– Zdecydowanie, praca na kilka etatów jest podyktowana zarobkami. Są one zbyt niskie i niewspółmierne z naszymi kompetencjami. Z jednej pielęgniarskiej pensji trudno jest się utrzymać, nie wspominając o utrzymaniu rodziny. Dlatego tak często podejmujemy decyzję o wypracowaniu większej ilości godzin. Nasza decyzja ma również związek z brakami kadrowymi, które obnażyła pandemia. Wpływ ma na to również coraz wyższy wskaźnik pielęgniarek, które osiągają wiek emerytalny.

Zgodnie z danymi NIPiP aż 70 tys. pielęgniarek posiada uprawnienia emerytalne, a mimo to pracuje. Gdyby dziś odeszły z pracy, z Polski zniknęłoby około 280 szpitali. A liczba pielęgniarek przypadających na jednego pacjenta zmniejszyłaby się jeszcze bardziej. Sytuacja wydaje się więc coraz mniej optymistyczna.

– Pracując w dodatkowych szpitalach, sama decyduję o ilości godzin, które chcę przepracować w danej placówce. Dosyć często zdarza się, że dyżurów trzeba wziąć więcej, ponieważ na dany dzień jest za mało personelu. Oczywiście zawsze można odmówić dodatkowych godzin, ale tutaj chodzi o dobro pacjentów i zapewnienie im odpowiedniej opieki.

Pracuje Pani w oddziale intensywnej terapii, gdzie trafiają najcięższe przypadki pacjentów, często z zagrożeniem życia. Podejrzewam, że praca jest niezwykle stresująca i wiąże się z dużą odpowiedzialnością. Jak udaje się Pani przetrwać kilkanaście godzin w takich warunkach?

– Do oddziału intensywnej terapii najczęściej trafiają pacjenci po wypadkach komunikacyjnych, ciężkich operacjach i reanimacjach. Wymagają oni ciągłej obserwacji i monitorowania stanu zdrowia. Nawet jeżeli stan pacjenta wydaje się stabilny, to za chwilę może się to zmienić. Niezależnie od dyżuru musimy być czujni i gotowi na ewentualną konieczność szybkiego reagowania i podejmowania przemyślanych decyzji. Sprawia to, że moja praca, mimo ogromnej satysfakcji z ratowania ludzkiego życia, niesie ze sobą różnego rodzaju emocje i nierzadko wywołuje duży stres.

Ponieważ w pracy spędzamy nawet 48 godzin, konieczne jest wypracowanie zarówno odpowiedniego mechanizmu działania, jak i odporności psychicznej. Oczywiście staramy się pamiętać o przerwach. Każda z nas potrzebuje na chwilę odejść ze stanowiska, chociażby na posiłek. Staramy się wtedy współpracować ze sobą. Pomagamy sobie wzajemnie. Ustalamy, kto na te kilka minut może przejąć opiekę nad danym pacjentem. Uważam, że bez tego byłoby trudno.

48 godzin to dwie nieprzespane noce. W jakim trybie udaje się Pani wrócić do normalnego funkcjonowania po takiej zmianie?

– Po takiej zmianie właściwie nie ma możliwości, by wrócić do normalnego funkcjonowania. Nawet 5 czy 6 godzin snu nie jest odpowiednio długie, by organizm zdążył się zregenerować. Zdarza się, że po 48 godzinach dyżuru mam tylko 12 godzin między kolejną kilkudziesięciogodzinną zmianą. Niejednokrotnie odpoczynek odchodzi na drugi plan, ponieważ oprócz pracy mamy również swoje życie, swoje rodziny. Natomiast zawsze staram się znaleźć chociaż kilka godzin, by przynajmniej w niewielkim stopniu zregenerować się przed pracą.

Wspomniała Pani również o pracy w Szpitalu Południowym – tymczasowej placówce dla pacjentów z zakażeniem COVID-19. Czy praca na intensywnej terapii, czyli wśród najtrudniejszych przypadków zakażenia koronawirusem, jest jeszcze bardziej wymagająca?

– Praca z pacjentem chorym na COVID-19 w oddziale intensywnej terapii jest dużo cięższa w porównaniu z pracą w oddziale tzw. „czystym”. Przede wszystkim wyzwaniem jest praca w środkach ochrony indywidualnej – kombinezonach, goglach i przyłbicach. Tak wyposażone możemy przebywać przy pacjencie z koronawirusem  3-4 godziny, później przychodzi kolejna zmiana. W trakcie przerwy mogę odpocząć, coś zjeść i napić się, a następnie wracam na na oddział na kolejne 3-4 godziny. Taki system i praca w środkach ochrony indywidualnej jest dużo bardziej męcząca, dlatego dyżury na oddziałach covidowych mogą trwać maksymalnie 24 godziny.

W czasie pandemii rząd nakazał pracownikom medycznym, by ograniczyli się do pracy w jednej placówce, w swoim podstawowym miejscu pracy. Jak odczuła Pani te zmianę?

– Oczywiście w pierwszej kolejności dało się odczuć mniejszą liczbę godzin pracy i to, że miałam więcej czasu dla siebie i rodziny. Pierwszy raz od dłuższego czasu byłam wypoczęta i przypomniałam sobie, co to znaczy normalny tryb pracy i życia. Ponadto odczułam tę zmianę przede wszystkim finansowo. Na szczęście zalecenie to nie obowiązywało zbyt długo i dobiegło końca.

Kilka dni temu do Sejmu trafiła ustawa o podwyższeniu najniższych wynagrodzeń dla pracowników ochrony zdrowia. Zastanawiam się, czy taka decyzja ministra zdrowia jest Panią w stanie skłonić do zmniejszenia liczby godzin wykonywanej pracy lub porzucenia jednego z etatów?

– Wszystko zależy od tego, jak będzie wyglądała ta kwestia finansowa, kiedy i czy faktycznie te zmiany wejdą w życie. Myślę, że gdyby podwyżki były zadowalające, zdecydowałabym się na to, by ograniczyć dyżury. Uważam, że nie tylko kwestia finansowa stoi za tym, że pielęgniarki pracują na kilka etatów. W szpitalach brakuje personelu, a przecież pacjent musi mieć zapewnioną odpowiednią opiekę. Gdyby teraz wszystkie pielęgniarki, które pracują tak, jak ja, zdecydowały się na zmniejszenie dyżurów, zabrakłoby odpowiedniej liczby pielęgniarek. A tu przede wszystkim chodzi o zdrowie i życie pacjenta.

 

PRZECZYTAJ POPRZEDNI TEKST Z CYKLU #ZAWÓDPIELĘGNIARKA:

„Pandemia sprawiła, że członkowie rodziny tylko pozornie angażują się w opiekę nad chorym”

 

 

https://www.facebook.com/everethnews

Dodaj komentarz

Shopping cart

0
image/svg+xml

No products in the cart.

Kontynuuj zakupy