„Praca na SOR to jak praca w miejscu katastrofy”. Rozmowa z autorem bloga Pan Pielęgniarka

Ten tekst przeczytasz w 5 min.

Rozmawiała: Marta Bogucka

„Ostatnio usłyszałem od pacjenta, że powinniśmy się zamknąć i robić swoje, a nie domagać się czegokolwiek. Niektórzy pacjenci nie rozumieją, że jedziemy z nimi na jednym wózku” – mówi Mateusz Sieradzan, autor bloga Pan Pielęgniarka. W rozmowie z Evereth News opowiada o tym, jak wygląda praca na szpitalnym oddziale ratunkowym podczas epidemii i z jakimi problemami mierzą się medycy.

Prowadzi Pan bloga pod nazwą „Pan Pielęgniarka”. W Polsce nadal dominują stereotypy – lekarz to mężczyzna, pielęgniarka to kobieta. Jak odnajduje się Pan w tym środowisku? Czy stereotypy – nie tylko te dotyczące płci – przeszkadzają w pracy?

„Przeszkadzają” to za duże słowo. Ludzie nie są przyzwyczajeni do pielęgniarzy, ale jednak częściej są zdziwieni czy zainteresowani. Czasami się zdarza, że niektórym pacjentkom przeszkadza, że jedyną pielęgniarką jestem ja i to ja np. będę zakładał cewnik. Profesjonalny medyk w pracy nie ma płci, ale nie wszyscy to rozumieją.

Mam duży dystans do swojego zawodu. Bawi mnie to, że w mojej profesji większość osób to kobiety. Przez to sam nie pasuję do stereotypu. Stąd nazwa bloga. Przekornie.

Pracuje Pan w szpitalnym oddziale ratunkowym. Czego uczy praca na takim oddziale?

Uczy funkcjonowania w ciągłym kryzysie, stresie. SOR-y są ogromnie przeciążone, więc praca w nich przypomina pracę w miejscu katastrofy. Trzeba mieć ogromną cierpliwość, bo awantury z pacjentami są tu codziennością. Nie można też być zbyt delikatnym. To jest praca wśród krwi, agresji, ludzkich wydzielin, smrodu, śmierci, cierpienia… ale to jest ciągle praca. Wiadomo, że nie każdy tu się nadaje. Ale nie znajduję tu metafizyki, misji, powołania. Jedni patrzą na wnioski kredytowe, my na rozprute mięśnie uda, potem jemy obiad, czasem reanimacja i do domu. Nie znaczy to jednak, że te wszystkie sytuacje po nas spływają.

SOR-y jeszcze przed epidemią borykały się z poważnymi problemami. Jak teraz, w czasach koronawirusa, wygląda praca na szpitalnym oddziale ratunkowym?

Jeszcze gorzej. Ciężko to znosimy psychicznie. Przed pandemią każdy Polak na pytanie, jak jest na SOR-ach, zrezygnowany machał ręką. Nie dziwię się temu i podzielam krytyczne opinie. Stąd tytuł mojej książki – „SOR – to jest dramat”. Teraz do naszych standardowych problemów dochodzą liczne procedury, które utrudniają przepływ pacjentów. Pacjenci czekają na wynik wymazu po kilka dni i dopiero jeśli okaże się on ujemny, są przyjmowani na oddział. To oznacza, że SOR jest przepełniony do granic możliwości, a oddziały są puste. Do tego ludzie generalnie twierdzą, że już jest po pandemii, więc tłumnie do nas przychodzą, a tymczasem mamy coraz więcej bezobjawowych nosicieli. Nie było ich w marcu, kwietniu.

Jakie przypadki w pracy w szpitalnym oddziale ratunkowym są dla Pana najtrudniejsze – najbardziej frustrujące, dołujące, zapadające w pamięć?

Drastyczne czy dramatyczne przypadki mnie nie ruszają. Ludzie robią sobie krzywdę, niechcący lub sobie nawzajem, i tak było zawsze. Takie życie. Jednak najbardziej dołujące są sytuacje, kiedy dałoby się pacjenta uratować, ale liczne problemy to uniemożliwiają. Brak odpowiednich ludzi w odpowiednim miejscu, zawiłe procedury, przeciążenie oddziału, brak odpowiedniego sprzętu, sytuacja, w której pacjent przyjechał do szpitala, gdzie nie ma odpowiednich specjalistów albo miejsc w oddziale. Staram się nie rozgrzebywać takich rzeczy. Rozmawiamy o tym chyba tylko między sobą, w zespole medycznym, bo ludzie z zewnątrz nie rozumieją albo źle rozumieją.

W jednym z postów na swoim blogu pisze Pan o tym, że w dobie epidemii na SOR trafia wielu pacjentów, którzy z powodu zamrożenia systemu nigdzie indziej nie mogą otrzymać pomocy. SOR-y stają się dla nich ostatnią deską ratunku. Jakie jeszcze problemy systemowe Pana zdaniem epidemia ukazała lub pogłębiła?

Pierwsza sprawa to brak procedur kryzysowych w szpitalach. My zasad pracy w szpitalu podczas epidemii uczyliśmy się w praktyce. Nawet na studiach nie poświęcano na to czasu, bo wszyscy zakładali, że coś takiego jak globalna epidemia nie ma szans się wydarzyć. Tego, jak zakładać kombinezony, uczyliśmy się z Youtube’a, bo pierwsze szkolenie odbyło się kilka tygodni po tym, jak już trzeba było zacząć je stosować.

Najbardziej jednak zabolało mnie to, że w kryzysowej sytuacji, kiedy medycy byli najbardziej potrzebni, dyrektorzy placówek, politycy i posłowie okazali im zupełny brak szacunku. My chcieliśmy tylko, by zapewniono nam podstawowy sprzęt do pracy i by nam w niej nie przeszkadzano. Tymczasem okazało się, że decydenci postanowili rozwiązać nawarstwiające się problemy, zmuszając nas do pracy bez zabezpieczenia, w tragicznych warunkach i ponad siły.

Mówię o sprawach takich jak przymusowe kierowanie do pracy, kary za odmowę pracy bez środków ochronnych, zwolnienia za mówienie prawdy o chaosie, który ma miejsce w ochronie zdrowia, obniżanie pensji, zamykanie personelu na wiele dni razem z zakażonymi pacjentami w oddziałach szpitalnych, zmuszanie ludzi do wielodniowych, ciągłych dyżurów. Gdy widziałem maski dumnie noszone przez posłów w sejmie do góry nogami albo na czole, to się we mnie gotowało, bo my nie mieliśmy takich masek na OIOM-ach, na SOR-ach, w pogotowiu!

W dobie epidemii dużo się mówi o hejcie na medyków. Jak to jest na SOR-ach – czy strach przed koronawirusem hamuje gwałtowne emocje pacjentów, czy też je potęguje? Z jakimi reakcjami spotyka się Pan teraz najczęściej?

Reakcje są różne. Otrzymujemy tyle samo słów wsparcia, co hejtu. Na początku, gdy wchodziłem do poczekalni w przyłbicy i masce, zapadała cisza. Pacjenci czuli powagę sytuacji i byli bardzo zdyscyplinowani. Obecnie to się zmienia. Pandemia ludziom spowszedniała. Niektórzy nawet przychodzą do szpitala bez masek. Nie ma już szacunku i dyscypliny, znowu zaczyna się mówienie, że pielęgniarki i pielęgniarze zajmują się tylko piciem kawy w dyżurce. Ostatnio usłyszałem od pacjenta, że powinniśmy się zamknąć i robić swoje, a nie domagać się czegokolwiek. Niektórzy pacjenci nie rozumieją, że jedziemy z nimi na jednym wózku. Ale na szczęście ciagle też spotykamy się z autentyczną wdzięcznością.

Wspomniał Pan o swojej książce „SOR – to jest dramat”, w której opisuje Pan realia pracy na tym oddziale. Dlaczego zdecydował się Pan o tym opowiedzieć? Czy jest Pana zdaniem tak, że często negatywne opinie o ochronie zdrowia w Polsce biorą się ze zwyczajnej niewiedzy o tym, jak to wygląda z drugiej strony, z perspektywy lekarza, pielęgniarza, ratownika?

Negatywne opinie biorą się z kontaktów z wypalonymi lub przemęczonymi medykami. Gdyby ktoś przesiedział cały dzień w oddziale ratunkowym, ale czułby, że medycy poświęcają mu czas i są uprzejmi, to jego doświadczenia byłyby zupełnie inne. A dlaczego medycy coraz częściej są wypaleni? Z powodu patologii systemu, w którym pracują. Pacjenci nie zdają sobie sprawy, z jakimi problemami walczymy na każdym dyżurze. Dlatego chciałem je pokazać w książce. Dostaję wiadomości od moich czytelników. Piszą, że nie mieli pojęcia, jak to wygląda z drugiej strony, i że teraz, jeśli trafią na SOR, będą bardziej wyrozumiali.

To znaczy, że książka osiągnęła swój cel. Uświadamia, pokazuje naszą perspektywę. Pozwala poznać, co myślą medycy. My też uważamy, że to nie funkcjonuje to tak, jak powinno. Medyków i pacjentów ustawia się po dwóch stronach barykady, a przecież to jest absurd! Niestety chory system do tego doprowadza.

Co Pana zdaniem czeka nas po epidemii? Czy stanie się ona początkiem zmian, naprawiania niewydolnego systemu? A może będzie tak, jak było, albo gorzej?

Myślę, że nic się nie zmieni. Gdyby epidemia osiągnęła u nas taką skalę jak we Włoszech, coś mogłoby się zmienić. W obecnej sytuacji odtrąbi się wygraną z koronawirusem, poklaszcze się medykom, a potem znów wyśle się ich do pracy.

Żeby cokolwiek w naszym systemie się zmieniło, musi skrajnie zabrakąć ludzi do pracy w szpitalach. Dopiero gdy szpitale trzeba będzie zamykać z powodu braku kadr, ludzie zauważą problem. Myślę, że to tylko kwestia czasu – proszę spojrzeć, jakie już teraz mamy braki kadrowe, jak wysoka jest średnia wieku lekarzy i pielęgniarek.

Po ostatnich kilku miesiącach pracy w warunkach epidemii na pewno jesteśmy bogatsi o doświadczenia i wiedzę. Oswoiliśmy się z procedurami. Myślę, że to okaże się bardzo pomocne na jesieni, ponieważ wtedy spodziewamy się nawrotu zachorowań. Tym razem jednak będziemy na to lepiej przygotowani.

PRZECZYTAJ POPRZEDNI TEKST Z CYKLU #ZAWÓDPIELĘGNIARKA:

Przeczytaj także: Choroba zapalna u dzieci po przebyciu COVID-19 – nowe badania

Dodaj komentarz

Shopping cart

0
image/svg+xml

No products in the cart.

Kontynuuj zakupy